Co robić, gdy rodzina wtrąca się do organizacji ślubu i wesela? Rozmowa z psychologiem.

W chwili, gdy kobieta odpowiada "tak" na kluczowe, życiowe pytanie od swojego partnera skala szczęścia i radości obojga nie da się ująć w słowa. My, kobiety, przeważnie kochamy szczęśliwe historie o miłości, a ślub jest zwykle nieodłącznym elementem bajki pod tytułem "i żyli długo i szczęśliwie". Do planowania wesela podchodzimy z wielkim zapałem i postanowieniem, że to będzie nasz dzień, który zorganizujemy we dwójkę od A do Z.


Rzeczywistość jednak płata figle. Zdarza się, że chwila zaręczyn jest ostatnim doświadczonym przed ślubem momentem beztroski i niczym nie krępowanej radości. Bywa, że zamiast cieszyć się okresem narzeczeństwa i ślubnych przygotowań, organizacja tego dnia jest pasmem nerwów usianych rozczarowaniami lub co gorsza - pretensjami ze strony najbliższych.


Ideałem jest oczywiście sytuacja, w której planowanie przebiega w atmosferze szczęścia i zgody, wszyscy są zadowoleni i wzajemnie szanują swoje zdanie. Wiem, że w większości polskich rodzin tak właśnie to wygląda i jest to godne podziwu i naśladowania. Co jednak, gdy komunikacja szwankuje i co rusz potykamy się na drodze planowania? Postanowiłam porozmawiać o tym z fachowcem w dziedzinie relacji rodzinnych, psychoterapeutką małżeńską, Martą Mauer - Włodarczak.

Maja Mogilewska: Postanawiamy, że bierzemy ślub. Kolejny krok to wesele. A wesele to koszty i poważne decyzje do podjęcia. Bardzo często poza narzeczonymi prawo do podejmowania decyzji roszczą sobie rodzice ­ dlatego, że płacą za przyjęcie albo po prostu czują się zobligowani do wzięcia spraw w swoje ręce. Czy da się pogodzić interesy tego, kto płaci i tego, kto urządza ­ czyli przyszłych nowożeńców ­ bez urazy i sprowadzania rodziców wyłącznie do roli sponsorów?

Marta Mauer - Włodarczak, psychoterapeuta małżeński
Marta Mauer - Włodarczak: Młoda para często koncentruje się na tym, żeby zadowolić innych, a zapomina, że ten dzień w pierwszej kolejności należy do nich samych. Przez to, często ślub i wesele stają się dla nowożeńców przedstawieniem dla rodziny, w którym główni bohaterowie muszą jak najlepiej wypaść. Nie bez znaczenia jest tutaj scenografia, za którą scenograf (czyt. rodzic) czuje się rozliczany przed gośćmi. Dlatego, zbyt często, zamiast skupić się na świętowaniu tego co ważne, nadmierną uwagę przykładamy do otoczki, która powinna pełnić rolę drugoplanową.

Zachęcam do zastanowienia się, czy niechcący nie dołączamy do konkursu na najpiękniejszą suknię i najpiękniejszą salę weselną. Jeśli tak, to znaczy, że przykładamy zbyt dużą wagę do opinii innych ludzi, a to oznacza, że nie potrafimy być sobą.

Jeśli młoda para podchodzi do ceremonii ślubnej i weselnej w sposób dojrzały, czyli nie traci z oczu tego, co w tym dniu jest najważniejsze, to nie pozwoli rodzinie zorganizować tych uroczystości w sposób sprzeczny z ich wyobrażeniami.
Oczywiście, rodzice zwykle chcą zaangażować się w przygotowania, bo jest to wyraz ich miłości do dziecka. I ta pomoc jest często na wagę złota, bo przygotowania weselne, poza finansami, pochłaniają bardzo dużo czasu. Aby uniknąć nieporozumień, warto energię rodzica nakierować na konkretne zadania np. rozeznanie na rynku florystycznym (zebranie ofert na ułożenie bukietu ślubnego i pozostałej dekoracji z kwiatów -  !wybranych przez pannę młodą!), sprawdzenie oferty domów weselnych (z uwzględnieniem wskazówek młodej pary). Kiedy rodzic dostanie jasne wskazówki, jakie są oczekiwania młodych, to będzie miał pole do działania i poczucie bycia potrzebnym, z kolei młoda para zawsze może odwołać się do ustaleń np. “Mamo, mówiliśmy, że szukamy klimatycznej knajpki nad jeziorem, a Ty zebrałaś oferty hoteli w centrum miasta. Doceniam Twoją pomoc, ale to jest moje święto i zależy mi na tym, żeby odbyło się w moim stylu. Jeżeli chcesz mi pomóc, to proszę szukaj ofert, które spełniają moje oczekiwania.” Nieporozumienia wynikają często z braku ustalonych zasad współpracy. Układ powinien być przejrzysty: “Mamo, tato, liczymy na waszą pomoc, jest ona dla nas nieoceniona, ale wy proszę szanujcie nasze zdanie, bo inaczej się nie dogadamy”.

Moje zdanie jest takie, że jeśli z obawy przed negatywną reakcją ze strony rodziców rezygnujemy z własnych potrzeb, czyli zorganizowania ślubu i wesela po swojemu, to znaczy, że jesteśmy niedojrzali, tak samo jak niedojrzała jest relacja między nami i rodzicami. Ten problem, prędzej czy później, wyjdzie w naszej nowej relacji - w małżeństwie. Umówmy się: pieniądze nie są problemem. Wesele można zorganizować w stodole i zamiast wystawnego przyjęcia zrobić ognisko z kiełbaskami i bigosem. Ważne, żebyśmy potrafili rozgraniczyć, co jest naszą potrzebą, a co potrzebą rodziców. Tę granicę łatwo przekroczyć.

Inaczej ma się sprawa, gdy para postanawia samodzielnie sfinansować imprezę, a mimo to presja ze strony rodziny nie cichnie. Nie jest jednak fizycznie możliwe pogodzenie wszystkich stron, zwłaszcza gdy taki sam wpływ na ostateczny kształt ślubu chcą mieć rodzice obu partnerów. Jak uporać się z takimi naciskami? Próbować pogodzić wszystkie strony, czy jednak odciąć się grubą kreską od wszystkich, ryzykując, że możemy na długie lata pogrążyć relacje z bliskimi?


Marta Mauer - Włodarczak: Jeśli zorganizowanie uroczystości ślubnych zgodnych z naszymi marzeniami (w końcu wyobrażamy sobie ten dzień i marzymy o nim przez wiele lat) ma się wiązać z utratą bliskiej relacji z rodziną, toż to przecież jest zwykły szantaż. Problemem nie jest wcale sposób zorganizowania ślubu, czy wesela, ale relacje rodzinne. Wówczas, bez względu na to, czy pójdziemy rodzinie na rękę czy nie, konflikty i tak się pojawią, bo rodzina będzie chciała ingerować w pozostałe obszary naszego życia. Jeśli ulegniemy w sprawach związanych z weselem, to również ulegniemy przyszłym dziadkom, którzy będą lepiej wiedzieli jak wychowywać nasze dzieci. A to jest przecież przekraczanie granic. Ucząc bliskich, że mogą przekraczać nasze granice teraz, będzie nam jeszcze trudniej utrzymać te granice później, bo wypełniamy założenia niepisanej umowy o tytule “My (rodzice) wiemy lepiej, czego potrzebujesz”. Jeśli chcemy tak żyć, to możemy chodzić na daleko posunięte kompromisy, ale nie liczmy na to, że później będzie lepiej. Będzie gorzej i trudniej.

Czasami sprawy idą o krok dalej ­ w obliczu nacisków jeden z partnerów postanawia spełnić oczekiwania swoich krewnych, nawet wbrew woli przyszłego męża czy żony. A stąd już jeden krok do poważnego konfliktu. Jak rozmawiać z drugą połówką, która ulega presji rodziny lub co gorsza, ­ pomimo próśb partnera nie potrafi odmówić najbliższym realizacji ich wizji?

Marta Mauer - Włodarczak: Udać się na konsultację do terapeuty małżeńskiego. Poważnie. Próbując przetłumaczyć drugiej połówce, że taka postawa jest zagrażająca dla małżeństwa, ryzykujemy, że nasza intencja zostanie odebrana jako atak na rodzinę partnera. Dość łatwo, z sojuszników możemy przemienić się we wrogów.

Wiele przyszłych małżeństw jest zaskoczonych postawą swoich najbliższych w odniesieniu do spraw związanych z organizacją wesela. Dotychczas doskonałe relacje nagle się psują, bo okazuje się, że mimo wcześniejszych zapewnień o nie wtrącaniu się w sprawy ślubu, teściowie jednak chcą być integralną częścią przygotowań. Wtedy zaczyna się koszmar wielu par, które zupełnie się tego nie spodziewały. Czym są spowodowane te nagłe, negatywne "metamorfozy"?

 
Marta Mauer - Włodarczak: Myślę, że kilka czynników ma na to wpływ.
Rodzice chcą dobrze wypaść w oczach pozostałych członków rodziny i znajomych. Nie chcą, żeby dzieci pomyślały, że się nimi nie interesują. Czują, że pewien rozdział ich życia za chwilę się zamknie i będą musieli zredefiniować swoje dotychczasowe role. To sytuacja poprzedzająca etap pustego gniazda. Rodzice czują, że po raz ostatni mogą odegrać rolę pierwszoplanową w życiu swojego dziecka. Boją się wyjść z tej roli, bo czeka ich nieznane. Dlatego, często niemal za wszelką cenę, chcą udowodnić dziecku, ale przede wszystkim sobie, że dziecko nadal bardzo ich potrzebuje. Chcą się czuć ważni i potrzebni. Nie chcą tego poczucia wypuścić z rąk. Dlatego warto zawczasu przydzielić rodzicom zadania :-)

Na koniec ­ załóżmy najbardziej komfortowy wariant, w którym rodzina i przyjaciele wchodzą w rolę gości i nie uzurpują sobie praw do decydowania za nas. Miło jest jednak poznać czyjąś opinię. Idziemy po poradę i zamiast niej otrzymujemy przekrojowy wykład na temat tego, jak powinno, a jak kategorycznie nie powinno wyglądać nasze wesele. Słowem ­ ściągamy na siebie nieodwracalną lawinę krytyki. Jak zatrzymać ten nieprzyjemny grad bolesnych uwag?


Marta Mauer - Włodarczak: Asertywność to bardzo cenna umiejętność. Warto ją nabyć nie tylko z okazji ślubu, ale na całe życie. Jednak z asertywnością jest tak, że nauka samych formułek na niewiele się zda, dopóki sami nie damy sobie prawa do bycia asertywnym. To z kolei wiąże się ze zlokalizowaniem mechanizmów, które nas w tym blokują, zwykle jest to poczucie winy (wolimy zrezygnować z własnych potrzeb, niż udźwignąć niezadowolenie drugiej strony). Dlatego warto umówić się na kilka spotkań z psychoterapeutą, który pokaże nam te  mechanizmy. Bo najważniejszą sprawą jest rozumieć siebie samego, znać swoje ograniczenia i wiedzieć skąd one się biorą. Później wystarczy pierwszy lepszy poradnik o asertywności.

Każda gotowa odpowiedź, którą mogłabym tu przytoczyć będzie bronią obusieczną. Jeśli dajemy sobie prawo do bycia asertywnym, powyższe pytanie nie będzie nas dotyczyło. Natomiast, jeśli boimy się, że stawiając granice kogoś zranimy lub, że sami zostaniem zranieni, to znaczy, że mając gotową formułkę ściągniemy na siebie jeszcze większy kłopot. To tak, jakby dać komuś kto nie ma prawa jazdy kluczyki do Lamborghini. 


Więcej na temat meandrów życia w związku 
możecie przeczytać na blogu 
psycholog Marty Mauer - Włodarczak -
www.psychologiakobiety.pl
...która jest także właścicielką poradni rodzinnej:
www.sensity.pl



Zobacz także....
http://www.blog-madameallure.pl/2014/07/watpliwosci-przed-slubem-czy-mozna-je.html
 

8 komentarzy:

  1. Maja, rewelacyjny temat, rewelacyjne odpowiedzi! Od jutra polecam u siebie :)
    Sama o takim myślę, ale mam w planach poczekać na "po ślubie" :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ogromnie miło mi to czytać - dziękuję! :)

      Usuń
  2. sama prawda i bardzo "uspokaja" że mam prawo tak myśleć i nie tylko ja tak uważam :)

    OdpowiedzUsuń
  3. A co jesli matka panny młodej tylko utrudnia i krytykuje wszystko co robią mlodzi nie wkładając w to wydarzenie ani czasu ani pieniędzy ?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie tak jak u mnie...

      Usuń
  4. Świetny artykuł! Pozwoliłam sobie udostępnić ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. Zorganizowanie wesela to ogromne wyzwanie. Ale widzimy, że tu nie brakuje imponujących pomysłów. Pozdrawiamy ;)

    OdpowiedzUsuń
  6. Rodzina powinna przede wszystkim zrozumieć, że to nie jest ich dzień. Każdy ma inny gust i to jest normalne, że jednemu podoba się to, a drugiemu tamto... ale to jest DZIEŃ MŁODYCH i to oni powinni samodzielnie podejmować decyzję.

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2016 Blog ślubny Madame Allure , Blogger