Przedślubne Wpadki Mężatki. Tom I: Przesądy!

Przeglądam każdego dnia mnóstwo magazynów, blogów, portali ślubnych. Mimo, że sama mam TEN dzień już za sobą (za chwilę minie pięć miesięcy!) temat – jakże by mogło być inaczej - wciąż tak samo mnie pasjonuje. Na forach gdzie toczą się żywiołowe dyskusje o tym, jak się przygotować do ślubu, jak uniknąć wpadek i co zrobić, gdy coś pójdzie nie tak, często trzy grosze dorzuci kobieta, nazwijmy ją: Kobieta Głos Rozsądku – która przypomni, że nawet gdy coś pójdzie nie tak, to nie ma się czym przejmować, bo najważniejszy w tym wszystkim jest – uwaga uwaga – ślub! I ja w pełni się z tym zgadzam, podpisuję się pod tym wszystkimi kończynami i jestem żywym przykładem na to, że nawet, jeśli coś posypie się w ostatniej chwili, to po pierwsze – spokój nas uratuje, po drugie... uratuje nas przyszły Mąż. To doskonały sprawdzian dla przyszłego małżonka, zapewniam, i tym samym rozpoczynam cykl przedślubnych wspomnień o tym, co u nas poszło nie tak, a mimo to doszło do ślubu, mijają miesiące i nic jeszcze nie spadło mi na głowę... bo dziś będzie o przesądach. Zapraszam! :)


Zaraz, zaraz... ale jak ma pomóc mi w wyborze, skoro nie może jej zobaczyć? Tak drogie Panie, wybierałam sukienkę ślubną z przyszłym Mężem. Wiedziałam, czego chcę i jak ma to wyglądać, sukienka była szyta na miarę u krawcowej w innym województwie, więc na dobrą sprawę Pan Młody widział ją tylko raz – za pierwszym razem krawcowa zdjęła miarę, ja pokazałam, czego chcę, a gdy przyjechaliśmy po odbiór, sukienka była gotowa, leżała jak ulał i właśnie wtedy mój Mąż zobaczył ją po raz pierwszy (podobnie jak ja!). Nie zmienia to faktu, że w dniu ślubu, w pełnym rynsztunku było tak, jak gdyby widział ją pierwszy raz, ba! - i ja czułam się jakbym nigdy wcześniej nie miała na sobie tej pięknej sukienki! Prawda jest taka, że dopiero otoczka czyni ją sukienką ślubną i to czy Mąż widzi ją wcześniej, czy nie, nie ma znaczenia.
Dam znać, jeśli się rozwiodę.

 
Aha. Totalnie niewykonalne - no chyba, że któremuś z nas zamarzyłaby się samotna noc w hotelu lub długa, długa droga z domu rodzinnego. Szykowaliśmy się wspólnie, jedynie momenty ubierania się przebiegały na odosobnieniu, co nie zmienia faktu, że na tę okoliczność się nie rozstawaliśmy, by udawać przed gośćmi, żeśmy się tydzień nie widzieli na oczy ;)
Mało tego - w noc przed ślubem udaliśmy się na zakupy (!) do supermarketu. Miny znajomych męża, którzy nie wiedząc o zbliżającej się godzinie "zero" zaczęli opowiadać, jak bardzo stresują się swoim ślubem (bo zostały im już tylko trzy miesiące!) były bezcenne, gdy usłyszeli:
- My też bierzemy ślub!
- Tak? Super, a kiedy?
- O 14.00.
- CO WY ROBICIE W TESCO?!
Nie wiem, czy powinniśmy siedzieć w domu i czekać na... na co? ;)
Update: Więcej o tym, co począć ze sobą w noc przedślubną TUTAJ :)

Najczęściej wspominana w kontekście przesądów, których niby nie uznajemy, a mimo to wolimy dmuchać na zimne i potajemnie stawiamy pantofelki w zakrytym zasłoną rogu okna. Mnie przed ślubem pogoda w ogóle nie interesowała - Mąż naobiecywał, że będzie piękne słońce ("bo zasłużyłaś"), zatem uznałam że w takim wypadku to on będzie winny i spałam spokojnie. I słońce było!
Ta część mnie, która chce wierzyć w przeznaczenia i przesądy uparcie twierdzi jednak, że zabobon maczał w tym palce, bo dwa dni przed ślubem (czyli na ostatnią chwilę) uprałam baleriny "na przebranie". I te baleriny suszyły się w oknie. Balerin nie założyłam, ale po fakcie uświadomiłam sobie, że chyba Wszechświat się pomylił i zrobił mi przysługę. Zatem Dziewczyny: pierzcie baleriny dwa dni przed ślubem! Nie będzie Wam zarzucona przesądność, baleriny może się przydadzą, a będziecie wiedziały, że zrobiłyście absolutnie wszystko, co było w Waszej mocy.


O tym wspominałam już wcześniej na blogu, ale nie zaszkodzi przypomnieć, że z tematem ocknęłam się dwa tygodnie przed ślubem i to nie z własnej woli, a z pomocą koleżanki na moim wieczorze panieńskim. Ocknęłam się i... zapomniałam. Kolejny raz przypomniała mi o tym jedna z Druhen, robiąc mi fryzurę kilka godzin przed ślubem. Na szybko zaczęłam obmyślać plan (oczywiście nadal uparcie twierdzę, że nie wierzę w przesądy, dlatego tłumaczę to chęcią dotrzymania tradycji!) i rozwiązanie się znalazło. Druhna użyczyła mi swojej bransoletki z niebieskim serduszkiem (wolałam nie wiedzieć, ile była warta, ale po czasie sprawdziłam i stwierdzam, że naprawdę byłam bardzo ekskluzywną Panną Młodą) – sprawa z niebieskim i pożyczonym była załatwiona. Zakładając szpilki rozwiązała się sprawa „nowego”, a gdy byłam już w drodze do Wozu Strażackiego przypomniałam sobie, że przecież mój Mąż... że przecież znam go już tyle czasu, że i kwestię czegoś starego mam w kieszeni. 
I to na tyle ślubnych przesądów w naszym skromnym, wariackim wykonaniu ;)

W następnym odcinku "Wpadek" - przedślubny makijaż, czyli kiedy umówić makijażystkę i co zrobić, gdy dwa dni przed okazuje się, że makijażystki nie będzie.


Zobacz także...
http://www.blog-madameallure.pl/2014/08/cos-niebieskiego-czyli-pomysowa-panna.html
http://www.blog-madameallure.pl/2014/10/buduarowa-sesja-przedslubna-panny-modej.html



1 komentarz:

  1. Również mam w planach zakup sukni w towarzystwie narzeczonego. Cóż, najlepiej mi pasuje do roli osoby towarzyszącej w takich zakupach ;)
    U nas z niewidzeniem się będzie łatwiej, bo przed ślubem każdy wyląduje w rodzinnym domu, daleko od naszego stałego miejsca zamieszkania. Troszkę szkoda, bo wręcz fascynują mnie reportaże ze ślubów, gdy narzeczeni ubierają się nawzajem (ona poprawia mu muchę, on zapina jej suknię).
    Nowe i niebieskie (np. w bukiecie) trafią się same, a stare... jak sie samo nie znajdzie, to nie będzie.

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2016 Blog ślubny Madame Allure , Blogger