Przedślubne Wpadki Mężatki. Tom II: Makijaż ślubny, którego mogło nie być.

Wszystkie poradniki ślubne jak jeden Mąż (na przykład mój) zgodnie grzmią: zamówić kosmetyczkę wcześniej! Umówić się na próbny make-up! Zbierać inspiracje! Pilnować swoich spraw, trzymać się terminów, i tak dalej, i tak dalej... Tymczasem młoda bizneswomen po uszy zatopiona w branży ślubnej w nosie miała poradniki, trzymanie się terminów i ślubny makijaż. Tak, to byłam ja. Ślub w sobotę, a w czwartek okazuje się, że makijażystka jednak będzie (!) ale za to nie ma czasu na żadne próby i w dniu ślubu pójdziemy na żywioł na dwie godziny przed ceremonią. Spokój? Opanowanie? Oczywiście! Do tego wszystkiego zdroworozsądkowe, chłodne podejście. Z tym, że to wszystko w wykonaniu mojego przyszłego wówczas Męża, nie moim.

Tworząc ten post mam dwa cele. Pierwszy to uczulenie Was na zasadę ograniczonego zaufania. Drugi ma wymiar kojąco - uspokajający. Nawet, jeśli nie trzymacie się regułek, schematów, a wszechobecne kalendaria ślubnych przygotowań tylko mącą Wam w głowie, i tak - przy zachowaniu odrobiny spokoju i opanowania - bez paniki, wszystko ma szansę dobrze się skończyć ;-)


fot.bridalbeautybyemma.co.uk

Roztrzepanie? Skrajne nieogarnięcie? Nieporadność życiowa? Pewnie tylko to przychodzi Wam w tej chwili na myśl. Prawda jest zgoła inna. Przyznaję, że ślubny makijaż nigdy nie był moim priorytetem - na co dzień wykonuję klasyczny make-up z udziałem pudru, tuszu, różu i pomadki. W kontekście zamążpójścia ten element był dla mnie istotny, ale nie na tyle, by nie skorzystać z propozycji pomocy w ogarnięciu tej kwestii, tym samym przesuwając odpowiedzialność za ten dział na kogoś innego. Tym sposobem zachwalana przez znajomą makijażystka została przeze mnie zaakceptowana na podstawie wirtualnego portfolio na półtora miesiąca przed terminem. Później beztrosko uznałam, że tę kwestię mam już z głowy (wtórowały mi zapewnienia, że wszystko jest umówione). Ignorowałam ciszę w eterze, uznając, że to dobry znak, bo nikt niczego nie odwołuje. Nie brałam pod uwagę opcji, że moja znajoma mogła nie dopilnować tej sprawy. I to był błąd numer jeden.

Na tydzień przed ślubem okazało się, że moja akceptacja nie pociągnęła za sobą żadnych skutków, a rzeczona makijażystka nie została zaklepana wystarczająco wcześnie i niestety, nie może narysować nowej mnie w wydaniu "Panna Młoda". W tym momencie każda rozsądna kobieta poszłaby po rozum do głowy, wzięła sprawy w swoje ręce i poruszając niebo i ziemię, strzasnęłaby sobie nieziemsko zdolną wizażystkę która machnęłaby jej cudo na niezamężnej jeszcze twarzy. Natomiast ja w tym momencie popełniłam drugi błąd. Zgodziłam się na "propozycję numer dwa" - inną kosmetyczkę, czyli inną znajomą rzeczonej znajomej. I wtedy nastał czwartek...

Przedostatni, przedmałżeński obiad w restauracji. Chwila wytchnienia w szale przygotowań wymieszanych z pracą, szykowaniem się w podróż poślubną i na przyjęcie gości tak zwanych zagranicznych. Postanowiłam, że upewnię się co do godziny makijażu. Otrzymałam od znajomej numer telefonu i jakie było moje zaskoczenie, gdy po drugiej stronie słuchawki odkryłam, że... makijażystka jest zaskoczona moim telefonem! Nie było mowy o żadnych próbach. Żywioł, jedna szansa, wóz albo przewóz, a a propos przewozu, to kosmetyczka niemobilna, czyli czeka mnie wycieczka na drugi koniec niemałego miasta na dwie godziny przed ślubem - miła wizja, prawda? Trzy głębokie wdechy. Dwa słowa zamienione z drugą, rozsądniejszą połówką. Decyzja: skoro sprawy tak się mają, to lepiej, żeby kosmetyczki nie było wcale, aniżeli mam być niezadowolona. Tym sposobem na dwa dni przed ślubem okazało się, że... nie mam makijażystki.


 fot. Alfred Young Bridal

Czy mogło być gorzej? Oj, mogło. W tamtym czwartkowym momencie starcia z rzeczywistością dokonałam w myślach szybkiego rachunku sumienia w imieniu mojej kosmetyczki i nie znalazłam tam absolutnie nic, co pomogłoby mi wyczarować Pannę Młodą na twarzy. Szybko postanowiliśmy, że pora wybrać się do drogerii. W momencie przekroczenia progu salonu Inglota zaczyna się ta część opowieści, w której mój Mąż uratował sytuację i mnie przed sobą samą w roli zestresowanej makijażystki. Po pięciu minutach siedziałam na fotelu i otrzymywałam instrukcję, jak wykonać ślubny make-up. Po pięciu kolejnych (i rozmowie z moim Mężem) wizażystki wertowały kalendarz i obdzwaniały umówione klientki z pytaniem, czy oby na pewno bardzo potrzebują makijażu w sobotni poranek. Po pięciu kolejnych, zakończonych fiaskiem, zlitowały się nade mną i postanowiły, że jedna z nich pojawi się w pracy dwie godziny wcześniej, żeby zrobić mi makijaż.

Tym sposobem mój ślubny mke-up został uratowany na niespełna 48 godzin przed ceremonią. Nie musiałam testować swoich zdolności plastycznych na twarzy, bo wspaniała wizażystka z Inglota zrobiła ze mnie prawdziwą Pannę Młodą. Jak postąpiłabym dzisiaj? Z pewnością poszłabym do salonu miesiąc wcześniej - próbny makijaż nie kosztował mnie ani grosza. Nie pozwoliłabym, żeby sprawa wypadła mi z rąk i przeleciała między palcami, jak to miało miejsce.

Wniosek? Jeśli coś idzie nie po Waszej myśli - zachowajcie spokój. Nawet, jeśli nie dotrzymałyście jakiegoś terminu, przegapiłyście ważną sprawę - zimna krew Was uratuje. 

...opcjonalnie Wasz przyszły Mąż ;-)


Zapraszam na pierwszą część "Wpadek" :)

http://www.blog-madameallure.pl/2014/10/przedslubne-wpadki-mezatki-tom-i.html

1 komentarz:

  1. Ja malowalam sie sama. Ale tak wole. Nikt nugdy nie pomalowal mnie tak, zebym nadal widziala ulubiona wersje siebie. Zawsze wygladalam po oddaniu sie w cudze rece jak jakas obca baba. Na slubie chcialam byc obecna osobuscie ;)

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2016 Blog ślubny Madame Allure , Blogger