Złudne pragnienie ślubnej "inności"

"Chciałabym, żeby było tak... inaczej." Te słowa w ustach przyszłej panny młodej zwiastują ogrom pracy, dużo stresu, a czasami – piękną katastrofę. Epicentrum kryzysu znajduje się dokładnie tam, gdzie wybija źródło tego pragnienia. Zwierciadłem może być... dosłownie wszystko. Ślub kuzynki, który był nudny jak obejrzany wyrywkowo odcinek telenoweli, i który tylko wzmaga chęć zrobienia intrygującego show. Ślub przyjaciółki, która zupełnie niechcący wyciągnęła na światło dzienne wszystkie Twoje marzenia i niestety poszło jej to genialnie, a teraz Ty musisz w mgnieniu oka wymyślić nowe pragnienie. A na końcu ślub siostry który był tak idealny (i „inny”), że w pragnieniu pobicia rekordu w dziedzinie organizacji niezapomnianej imprezy zapominasz się sama. Znasz to skądś? Najwyższa pora, a może i ostatni dzwonek, żeby z tym skończyć!

fot. Oli Sansom Photography
Bywa, że tak bardzo chcemy, żeby było „inaczej”, że nawet nie wiemy, co to dokładnie oznacza i gdzie leży punkt odniesienia. Wszystko zwykle zaczyna się w momencie, gdy zapada decyzja o ślubie. Zaczynamy szukać inspiracji, innym okiem patrzeć na ceremonie w których uczestniczymy, podglądamy, podczytujemy, pytamy o radę na formach dyskusyjnych i główkujemy nad ”innymi”, „nietypowymi', „oryginalnymi” motywami i atrakcjami. Chcemy zapisać się na kartach rodzinnych historii jako para młoda, która podniosła poprzeczkę i o której goście będą myśleć i z uznaniem kiwać głową na sam dźwięk słowa "ślub". Często na tę okoliczność – niestety – rezygnujemy z poczciwej, eleganckiej klasyki, która choć pasuje do nas jak ulał, w galopie za innością wydaje się być tak nudna i mało atrakcyjna, że ciskamy ją w kąt... czasami rezygnując z siebie.

Nie odkryjemy na nowo ślubnej Ameryki. Można śmiało rzec, że jeśli chodzi o śluby – świat widział już dosłownie wszystko. Zwykle za tym niewinnym słówkiem „inaczej” skrywa się przemożna chęć zaskoczenia gości. Nie chcemy równo poustawianych stołów, bo tak robią „wszyscy”. Nie chcemy klasycznego pierwszego tańca, bo tak potrafi „każdy”. A na deser nie chcemy tortu, bo taki podają „wszędzie”. Wszystko jest w najlepszym porządku, jeśli wiemy, że chcemy ślub urządzić „inaczej” i wiemy, jak to zrobić, bo marzenia tlą nam się w głowie już od dawna. Ale jeśli tę Amerykę chcemy dopiero odkryć, a pomysł rodzi się „w bólach”, a czasami w atmosferze narzeczeńskiego kryzysu... to nie warto!

Nie zapomnijmy się w tym owczym pędzie. Nie dajmy się nabić w tę ozdobną ślubną bańkę, która choć piękna i „inna” nigdy nie była i nie będzie do końca nasza. To nie rzeczy definiują nas – to my nadajemy im charakteru. I choćby panna młoda miała na głowie najbardziej klasyczny wianek, w ręku bukiet dokładnie taki sam, jaki do ślubu miała jej kuzynka, a pan młody uwiązał pod szyją klasyczną czarną muchę... To nadal będą właśnie ONI. I to oni z radością i wewnętrzną zgodą usiądą za dwadzieścia lat nad albumem ślubnym i wciąż tak samo będą zachwycać się swoim ślubem, nie wstydząc się swojego ślubnego wydania.

Do tego wpisu zainspirowała mnie jedna z uczestniczek programu „I nie opuszczę cię aż do ślubu”, która bardzo chciała, aby wszystko w dniu jej ślubu było „inaczej”, ale nie do końca wiedziała, co to oznacza i czego tak naprawdę chce :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © 2016 Blog ślubny Madame Allure , Blogger