Nie róbcie tego przed ślubem!

Nie ma ryzyka, nie ma zabawy - znacie to, prawda? Ja znam, i znam też wiele przypadków, w których ryzyko bardzo się opłaciło. Postawienie wszystkiego na jedną kartę w ostatniej chwili nawet mnie kilkukrotnie wyszło na dobre. Uniknęłam w ten sposób kilku pięknych katastrof, a poważniejsze, odrobinę ryzykowne decyzje nie pozostały bez pozytywnego wpływu na moje aktualne życie. Każda Panna Młoda chce być w dniu ślubu "najlepszą wersją siebie". To dlatego przygotowujemy się do ślubu (w większości przypadków) jak do imprezy życia. Kilka miesięcy wybieramy sukienkę, planujemy fryzurę, opaleniznę, paznokcie... aż tu nagle w ostatniej chwili coś podszepce nam do ucha, żeby to zmienić! Zrewolucjonizować! Budzimy się pewnego ranka i nagle uświadamiamy sobie, że nowa idea to coś, czego pragniemy. Albo idziemy chodnikiem i nagle ciach! - nowy pomysł zaskakuje nas zza rogu i za nic nie chce odpuścić! Fajne jest to uczucie eureki i entuzjazmu, w jaki owa eureka jest szczelnie owinięta. Ale eureka, jak każda kobieta, bywa kapryśna. I może nas zwieść na manowce.

fot. Polina Pasha

Czego lepiej nie robić na kilka tygodni przed ślubem?

WŁOSY
Nawet, jeśli właśnie w najświeższym katalogu ślubnym znalazłaś "fryzurę swojego życia" i marzy Ci się krótki bob, który pozbawiłby Cię "ogona", czyli jakiś 60 centymetrów włosów, hodowanych przez lata - przemyśl to dobrze. W przypływie entuzjazmu łatwo o argumenty typu: "nowy etap - nowe włosy" albo "to będzie metamorfoza życia, a przecież ślub jest taki ważny!", a w końcu "no ileż można nosić te długie włosy, i tak mi się już znudziły!".
Jako posiadaczka długich włosów, która w ostatnich latach miała miliony takich myśli (czyli jakieś... cztery) powiadam: przemyślcie to dobrze. Ja byłam już raz pewna, że chcę obciać włosy drastycznie, wtórowały mi koleżanki, ale mój racjonalizm (i mąż;)) zwyciężył. I całe szczęście, bo ostatnio od fryzjerki wróciłam jak na skrzydłach, bo nie wzięła na serio mojego przebłysku i obcięła mi zaledwie pięć centymetrów. Włosy to dla większości kobiet ważna sprawa. Jeśli chcecie je obciąć przed ślubem - przemyślcie dokładnie, czy to prawdziwe marzenie / zmęczenie monotonią / faktyczna potrzeba regeneracji, czy może tylko chęć przeprowadzenia rewolucji na cześć, notabene, rewolucji w stanie cywilnym?

SKÓRA
Jeśli jesteś mniej lub bardziej stałą bywalczynią solarium, światło lamp nie jest Ci obce, a Twoja skóra nie płonie ogniem piekielnym gdy tylko zbliżasz się do salonu - śmiało, opalaj się przed ślubem i zdobywaj upragniony brąz - uważaj tylko na innowacje. Im bliżej ślubu, tym bardziej strzeż się testowania nowych lamp, nowych kremów czy innego niż zwykle czasu opalania. Już ja wiem, że wszechświat robił doktorat ze złośliwości rzeczy martwych, i mam przeczucie, że i w solarium ta zasada działa.
Nie da się ukryć. Ślub to apogeum 'parcia na opaleniznę'. Doświadczyłam tego i wiem co nieco na ten temat. Życie nauczyło mnie, że posiadanie jasnej karnacji to ogromny problem o podłożu społecznym. Zajęło mi długie lata, zanim zaakceptowałam swój odcień skóry - jest to ogromna zasługa mojego męża. Teraz tę akceptację muszę regularnie pielęgnować. Nie ma roku abym nie słyszała pytań, czy na pewno jestem zdrowa, bo moja karnacja podobno aż krzyczy, że coś jest ze mną nie tak. Z jednej strony to dobrze, bo co pół roku robię badania. Z drugiej - trochę mi niefajnie gdy słyszę, że "na pewno coś da się Z TYM zrobić". Nigdy nie udało mi się opalić - to po prostu niemożliwe. Każdego lata słyszę pytania o moje plany na zmianę koloru skóry, więc przed ślubem moja bladość wielu osobom jawiła się jak anomalia czy brak dopełnienia ślubnego zwyczaju. I poszłam do ślubu blada, i świat się nie zawalił, choć było blisko, bo uległam i dwa razy poszłam do solarium. To była bodaj najgłupsza przedślubna decyzja, jaką mogłam podjąć. I tak byłam blada, ale miejscowo poparzona. Nie warto eksperymentować. Również w kwestii enigmatycznych zabiegów na skórę, które mają w magiczny sposób uczynić nas piękniejszymi na tydzień przed ślubem. Walka z wysypką i rozpaczliwy maraton po dermatologach w poszukiwaniu panaceum to nie jest coś, czego potrzebujemy!

PAZNOKCIE
Żaden ze mnie autorytet w tej materii! Wybrałam się przed ślubem do kosmetyczki na zwyczajny manicure. Kosmetyczka była "z polecenia", ale pierwszy raz widziałam ją na oczy. Nie sprawdziłam jej, nie popytałam, nie poczytałam... W dobrej wierze dałam się namówić na manicure hybrydowy. Dziś wiem, że sama hybryda to nic złego w porównaniu z tym, jak została mi zdjęta - a raczej spiłowana u tejże kosmetyczki już po ślubie. Nie miałam pojęcia, jak powinno się usuwać hybrydę, i pewnie dlatego ufnie dałam sobie ją spiłować do reszty. Razem z połową płytki paznokci. Reperkusje odczuwam do dziś. Jeśli więc dacie się namówić na paznokciowy eksperyment przed ślubem, to tylko u kosmetyczki którą znacie, i tylko po zapoznaniu się z nowością. Mój hurra-optymizm na dwa dni przed ślubem skończył się fiaskiem.

KŁÓTNIE I ZWADY
Nie kłóćcie się przed ślubem. Wiem, czasami to graniczy z cudem. Gdy czas zaczyna umykać, nerwowość wzrasta - niewiele potrzeba, żeby pokłócić się o drobiazgi - bo to zwykle one przed ślubem są zarzewiem konfliktu. Nie lubię się powtarzać, dlatego tutaj odeślę Was do kompendium wiedzy na temat tego, jak zorganizować wesele, nie zwariować i pozostać w związku ;)

Powyższy tekst nie stanowi ani recepty na szczęśliwe zakończenie, ani... wykazu zakazów. Puenta jest tylko jedna: nie zapominajcie o racjonalnym myśleniu i zastanawianiu się nad każdym krokiem - wszytko po to, aby każdy krok w kierunku złożenia przysięgi był czystą rozkoszą i nie zawierał nawet śladowych ilości plucia sobie w brodę. Wszystko w Waszych rękach!

I nie panikujcie. Cokolwiek (organizacyjnie, urodowo....) zaskoczy Was po drodze - ON i tak Was poślubi ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © 2016 Blog ślubny Madame Allure , Blogger