Na wesele... z własnym prowiantem! Wywiad z Gosią z bloga 2 metry zdrowia!

Gość weselny z własnym prowiantem - to widok co najmniej niecodzienny. Ale już dbanie o własne zdrowie - to dla niektórych (i na całe szczęście, dla coraz większego grona osób) codzienność. Jakie bywają weselne menu - wie każdy, kto choć raz był na imprezie tego typu. Rosół, barszczyk, sporo mięsa. Oczywiście wszystko to w asyście surówek, sałatek i pater z owocami, ale zwykle to zbyt mało, by w trakcie weselnej uczty zrealizować dzienny jadłospis osoby pilnującej swojej diety. I uwaga! Dieta to nie zawsze odchudzanie. Dieta to... styl życia.


Zaczęłam zastanawiać się, jak w weselnych okolicznościach radzą sobie osoby, których sposób odżywiania się znacznie odbiega od standardów serwowanych na weselach. Głodować? Prosić o osobne menu? Zakraść się do kuchni i samodzielnie coś ugotować? Byłam w kropce. Dlatego... postanowiłam zapytać o to najbardziej kompetentną i doświadczoną w tej dziedzinie osobę, jaką znam. Poznajcie Gosię z bloga 2 metry zdrowia, która na wesele przybywa z własnym prowiantem!


Na początek pytanie, które nurtuje mnie najbardziej - jak reagują współbiesiadnicy gdy widzą Ciebie - drobną brunetkę, która w porze obiadu wyciąga spod stołu własny prowiant?
Jeśli mówię komuś, że na takie duże rodzinne uroczystości przychodzę z własnym jedzeniem ludzie właśnie tak sobie to wyobrażają – czyli, że wyciągam jedzenie z pojemników. Nic z tych rzeczy! Zawsze pojawiam się troszkę wcześniej np. w domu weselnym i załatwiam sprawę z kelnerem bądź osobami odpowiedzialnymi za wydawanie posiłków. Dogaduję się z nimi, że w momencie kiedy całej sali wydawane są dania z tradycyjnego menu weselnego, ja otrzymuję swój odpowiednik. Tym samym osoby, które nie siedzą w moim bliskim sąsiedztwie nie są nawet świadome tego, że jem coś innego!

Czy za każdym razem musisz się mozolnie tłumaczyć przed młodą parą, gośćmi, obsługą...?
Niestety mam jeszcze w sobie taką potrzebę tłumaczenia, że nie jest to wymysł. Moje odżywianie spowodowane jest chorobą jelit, a nie modą na niejedzenie glutenu itp. Dlaczego mówię „niestety”? Bo mam takie poczucie, że my – osoby z jakimiś utrudnieniami - nie powinniśmy się tłumaczyć lub przepraszać za stworzenie problemu. I tak mamy, bądź mieliśmy pod górkę ;). Mam też świadomość, że wiele osób robi wokół siebie szum i faktycznie tworzy problem np. w restauracji, że dany posiłek absolutnie nie może zawierać np. mięsa. Później takiego kogoś widzę jak pałaszuje powiększony zestaw w McDonaldzie z hamburgerem w roli głównej. Takie działania nie budują dobrego PR’u osobom na różnego rodzaju dietach. Coś jest chyba w tym, że ci którzy faktycznie mają duże problemy i obostrzenia nie krzyczą i nie żądają. Niestety często ze wstydu.

Zdrowy deser z ostatniego wesela :) fot. 2 metry zdrowia

Czy uprzedzasz młodą parę, że przybędziesz z własnym prowiantem?
Tak, oczywiście. Wtedy młoda para może wcześniej uprzedzić personel, że pojawię się z własnym jedzeniem. Ułatwia mi to sprawę, bo nie muszę wtedy opowiadać wszystkiego od początku. Pojawiam się tylko na zapleczu chwilę przed rozpoczęciem wesela z moimi tobołkami :)

Jestem przekonana, że taka niestandardowa sytuacja generuje zabawne sytuacje - czyż nie?
  
Pewnie, że tak! Ostatnio mój wujek, siedzący obok mnie przy weselnym stole zaciekawiony tym co mam na talerzu zaproponował, żebym przy kolejnej rodzinnej okazji wzięła ze sobą podwójną porcję bo… On chętnie zje to co ja, a nie to co mu zaserwowali. Fajnie jest trafiać na osoby, które mają otwarte głowy. Nie zamykają się w przestrzeni kotleta schabowego z ziemniakami negując wszystko co odbiega od tzw. normy. To co ostatnio sobie uświadomiłam to fakt, że… nie wiem czy to wynika z mojego charakteru czy presji społecznej, ale często łapię się na tym, że innym muszę udowadniać, że moje posiłki są smaczne. Nigdy nie byłam świadkiem odwrotnej sytuacji, żeby ktoś kto zjada tzw. klasyczny obiad musiał tłumaczyć się z tego co je i że na serio mu to smakuje.

Czy zdarza Ci się jeść coś nieswojego na weselu?
Tak. Zależy to jednak od jakości lokalu. Kiedy np. wesele organizowane jest w tradycyjnym domu weselnym wolę nie ryzykować. Często mimo dobrych chęci kucharze, którzy nie specjalizują się w danej diecie mogą komuś zaszkodzić. Mam za sobą taką przygodę. Menu było takie o jakie poprosiłam, ale coś musiało pójść nie tak w kwestii realizacji wskazówek dotyczących tego jak daną potrawę przygotować. Ostatecznie wesele zakończyło się dla mnie dużym, wzdętym brzuchem. Inaczej jest w przypadku, kiedy przyjęcie jest np. w restauracji, która w standardzie ma menu bezglutenowe, a szefowie kuchni otwarci są na sugestie ze strony gościa. W sierpniu wybieram się właśnie na takie wesele. Para młoda wysłała do mnie propozycję menu, do którego mogę nanieść swoje poprawki. Jakie są to propozycje? Sałatka sezonowa z chrupiącymi warzywami, smażonymi na oliwie z winegret tymiankowym, toskańska zupa z pieczonych pomidorów (na wywarze warzywnym), sandacz z jajkiem poche, a na deser owoce sezonowe z sorbetem buraczano–malinowym. Wszystkie posiłki nie zawierają cukru, glutenu, produktów mlecznych i mięsa (nie licząc ryb, które jem).

Reakcje otoczenia to jedno, ale jak zorganizować to logistycznie?
To strasznie banalne co powiem, ale zanim się zacznie wymagać od innych, trzeba zacząć od siebie. Trzeba zburzyć ściany w swojej głowie: że się nie da, że to obciach, że nie wypada. Najważniejsze jest zdrowie i kropka. A uśmiech i pozytywne podejście potrafi te ściany u innych zburzyć. Już sam mój wygląd: długa suknia i usztywniana torba termiczna z jedzeniem pod pachą, wygląda komicznie. Jedzenie zawsze pakuję w oddzielne pojemniki, najlepiej jednorazowe, tak żeby nie trzeba było ich potem odbierać. Jeśli jest bardzo ciepło do środka dorzucam wkłady chłodzące. Część potraw przygotowuję sama w domu, część kupuję z tzw. pewnych, sprawdzonych miejsc.


A tak już na koniec, słyszysz czasem: że też Ci się chce…?
Mam dwie opcje: albo być głodna, albo zjeść coś niewłaściwego i zniszczyć sobie fajną zabawę. Obie opcje nie wchodzą zatem w grę :) 
To kwestia wyboru - dla mnie on jest prosty.

Gosiu, dziękuję Ci za wywiad! Jesteś doskonałym przypadkiem, że chcieć - to znaczy móc :)

Spotkaliście się kiedyś z gośćmi weselnymi, którzy przynieśli na wesele własne posiłki? A może to Wy nosicie się z takim zamiarem, ale nie macie śmiałości? Jestem ciekawa, jakie są Wasze doświadczenia i odczucia :)


... a oto i przepiękna bohaterka wywiadu! :) fot. 2 metry zdrowia

Zapraszam Was serdecznie na...
i na bloga :)




3 komentarze:

  1. Fajnie, prosto i logicznie - widać, że można ten temat załatwić profesjonalnie i nie robić niepotrzebnego szumu. Ten szum rodzi dziwne pytania bliskich i znajomych, zaczynasz sie tłumaczyć i robi sie niekomfortowo. Ale super - Gosia to przykład bardzo dobrej organizacji :)

    OdpowiedzUsuń
  2. To fakt, że coraz więcej osób je świadomie lub właśnie ze zdrowotnych względów nie powinień pewnych produktów jeść. I rzeczywiście nawet ten jeden raz w ten wyjątkowy dzień nie może lub nie chce rezygnować ze swoich nawyków. I nie ma w tym nic złego. Własny prowiant to też jakieś rozwiązanie :) my natomiast w wywiadzie przy ustalaniu menu dbamy wyłuskujemy takie sytuacje/potrzeby i szykujemy osobne menu dla takiego Gościa :) tak by wszyscy mogli dobrze się bawić, a nie dbać o serwis

    OdpowiedzUsuń
  3. Bardzo interesujący wywiad :) Nigdy nie spotkałam się z osobą, która musiała przynosić swoje posiłki na imprezę.

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2016 Blog ślubny Madame Allure , Blogger