Przedślubna lekcja dystansu

Dystans. Dystans, albo wszyscy zginiemy! Czyje to słowa? Nie wiem i chyba nie chcę wiedzieć, ale nie stanowi to dla mnie przeszkody w ich przywoływaniu. Bo to mądre słowa, które często sobie (i innym) powtarzam, a które zawsze działają tak samo: jak kubeł zimnej wody przypominający, że są rzeczy ważne i ważniejsze. A może raczej... ważne i nieważne. W każdym aspekcie naszego życia. Z okazji ślubu także.


Gdy kubeł zimnej wody działa kojąco, to oznacza jedno: że był potrzebny. Dystans do spraw organizacyjnych, relacji rodzinnych i nieuchronnie upływającego czasu przed ślubem? Dla wielu z nas to czysta abstrakcja. Im bliżej daty ślubu, tym więcej jest rzeczy, które nas drażnią, które stają się powodem nieprzespanych nocy, zarzewiem nieporozumień i powodem do mówienia, że gorzej być nie może.

A wszystko dlatego, że z okazji ślubu musimy na szali postawić dwa obozy. Jeden - to sam ślub, nieważne, czy kościelny, czy cywilny. Po prostu ślub z drugą, ukochaną osobą. Drugi obóz - to obóz z prawdziwego zdarzenia, pełen kolorowych dodatków, dobrego jedzenia, kwiatów, muzyki, całej otoczki która ma tylko jedną szansę na to, aby w jednym momencie wypalić i zostawić niezapomniane wrażenia. Dla wielu z nas te dwa obozy to synergia - nie ma udanego wesela bez udanej pary, ale też... nie ma udanego ślubu bez udanego wesela. I w tym momencie czasami dochodzimy do schodów, z których bardzo łatwo spaść na łeb, na szyję, bo zza pleców popycha nas czas i duch wizji perfekcyjnego przyjęcia.

Ślub i wesele to ogrom emocji, którymi przesiąknięte są obie strony barykady - młode pary i cała branża ślubna. Jedna z tych stron podchodzi do sprawy na gorąco, druga - bywa, że z chłodną kalkulacją. Wszyscy doskonale wiemy co się dzieje, gdy zderzą się ze sobą dwa skrajne fronty - lecą gromy, jest głośno, a na to wszystko leci deszcz. Ale przecież nikt nie chce mieć burzy w trakcie swojego ślubu! Spośród donośnych trzasków wyłania się pytanie: czy można mieć dystans do własnego ślubu? I co to w ogóle oznacza?!

Aby odpowiedzieć na to pytanie, warto zdać sobie sprawę z rzeczy, które pozbawiają nas dystansu i sprawiają, że wydaje nam się, że właśnie cała ślubna układanka zaczyna się sypać. Usługodawca, który nie wywiązał się w terminie z umowy. Produkt, który został wysłany o dwa dni za późno i nie dotarł na czas. Fryzjerka, która złamała rękę, makijażystka która w ostatniej chwili się wykruszyła (sprawdziłam na własnej skórze)... jest masa rzeczy, które mogą się nie udać!

I choć jako właścicielka butiku ślubnego pewnie nie powinnam tego pisać - to jednak sprawa jest ważna, być może nosi nawet znamiona oczywistości. Im więcej atrakcji, dekoracji i ozdób sobie wymarzymy, tym proporcjonalnie większe ryzyko, że któraś z tych rzeczy wyprowadzi nas z równowagi. Czy da się temu zaradzić?

Tak, i są na to dwa sposoby. Jeden - to wybór minimalizmu. Usiądźcie przy kubku dobrej herbaty i zastanówcie się, które z rzeczy które wpisaliście na listę "must-have" na serio są z gatunku "must", a które z gatunku "have to have". W tej kategorii mieszczą się te wszystkie rzeczy, które Wasi goście prawdopodobnie zignorują, a które zwykle są czaso-, finanso- i nerwochłonne. Jeśli macie zarwać kilka nocy, aby ukręcić mydełka na podziękowania dla gości, z produktów, które producent przysłał w ostatniej chwili - zastanówcie się, czy nie lepiej ten czas przeznaczyć na sen czy relaks.

Drugi sposób - choć nie należy do łatwych! - to tytułowy dystans. Jeśli lista rzeczy do zrobienia, zamówienia i ustalenia przed ślubem jest długa i szeroka, liczcie się z tym, że coś może nie pójść po waszej myśli. A gdy już pójdzie - zastanówcie się, czy rzeczywiście warto tracić na to nerwy. Niegdyś przeczytałam na jakimś blogu czy stronie wypowiedź kobiety, która nauczyła się opanowywać złość swojego dziecka, zadając mu pytanie: czy ten problem jest duży, średni, czy może wcale nie jest problemem? Dziecko po jakimś czasie coraz częściej odpowiadało, że... w zasadzie to nie problem. To kwestia wprawy i nauki panowania nad sytuacją. Bo o ile nie zawsze mamy wpływ na to, co nas spotyka, to na sposób w jaki na to reagujemy - w większości przypadków już tak :)

Pamiętajmy też, że gdy nie dajemy się wciągnąć w otchłań rozpaczy z powodu potknięć, pozostaje nam racjonalne myślenie, które zwykle podsuwa genialne rozwiązania. A jeśli nie genialne - to przynajmniej takie, które ratują sytuację. A tego przecież chcemy :)

Jedyna sprawa, do której z okazji ślubu nie warto mieć dystansu, to... sam ślub :) nie warto bać się łez wzruszenia, chwilowych palpitacji ani tego, jak wypadniemy w roli panny czy pana młodego. Skupmy się na tym, co najważniejsze - na drugiej osobie, której opinia powinna być dla nas najistotniejsza. A cały świat? Może zaczekać za rogiem, z dystansu spoglądając na Wasze święto :)

4 komentarze:

  1. Ślub to wyjątkowe wydarzenie w życiu każdej pary :) I jest takim ze względu na świętowanie miłości, a nie na to jak wystylizowana będzie cała zabawa weselna:) Warto o tym pamiętać :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Z własnego doświadczenia (tj. znanych mi par, które miały okazję wziąć ślub) im mniej się przejmujesz, tym więcej zyskujesz. Nie chodzi o to, żeby totalnie olać sprawę, tylko żeby skupić się na tym co ważne: tj. na drugiej osobie i perspektywie wspólnie spędzonego życia, a nie fajerwerkach na jednej - bądź co bądź - imprezie:)

    OdpowiedzUsuń
  3. Dużo osób pewnie zapomina, że to tylko jeden dzień i nie trzeba na niego wydawać fortuny aby był udany. Przecież nie chodzi o to żeby było na bogato.

    OdpowiedzUsuń
  4. Ojej, to jest święta racja. Można łatwo się zafiksować na tym więc jak ktoś może sobie na to pozwolić to można komuś zlecić organizacje, np. jakiemuś "planiście" od ślubów, a sobie na pewno trzeba powiedzieć "Spokojnie, oddychaj". I prawda, że im więcej nakombinujemy, tym bardziej możemy się zdziwic, że coś nie wyjdzie...

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2016 Blog ślubny Madame Allure , Blogger